2024.02.24__ZACHARZOWICE-TOSZEK__12km

Czy my wiemy cokolwiek na temat DEPRESJI?
Nawet jeśli wiemy „coś” to z pewnością jest to za mało i rzadko kiedy wiemy, jak możemy komuś w potrzebie pomóc.
Nie dowiemy się tego dzisiaj ale biorąc udział kolejny rok w wydarzeniu „PARAFIALNY BIEG I MARSZ WSPARCIA DLA OSÓB Z DEPRESJĄ” – mimo, że trochę „obok” –  czytając kolejne artykuły, wzbogacamy swoją wiedzę, zarówno teoretyczną ale i praktyczną.

W dobrze nam znanym i lubianym mieście, w TOSZKU, to cykliczne wydarzenie organizowane jest od roku 2018. Wielkie Brawa dla Wszystkich, którzy jakkolwiek przyczyniają się do wydarzenia, które mimo biegu lub wędrowania z kijkami, ma za zadanie uczulać nas i poniekąd uświadamiać, że DEPRESJA jest obok nas.
Czasami nawet o tym nie wiemy.

Dzisiaj skupimy się na Drodze a właściwie na rzeczach, które nam towarzyszą przy każdym wyjściu i o których często pewnie wspominamy.

Gdy wstajesz o świecie (i już robi się jasno), widzisz za oknem, że jest „szaro, buro i ponuro” to po wypiciu pierwszej kawy najlepiej było by się z powrotem schować pod pościel.
Kiedy wychodzisz na zewnątrz i nie wiadomo z czego, pada deszczyk przerastający w większą ulewę, to z całą pewnością najlepszym rozwiązaniem było by cofnięcie się do domu i … ponownie, schowanie się pod kołdrę. Albo dwie.
Mało tego, wsiadasz do autobusu, który co wzniesienie „rzęzi i stęka”, miało by się ochotę jak najszybciej wysiąść i zaczekać na kolejny autobus. Ale przecież trzeba by godzinę odczekać – a jeszcze za oknami mokro. I gdy ostatecznie, dojeżdżasz na miejsce z piętnastominutowym spóźnieniem, nie pozwalającym na przesiadkę na kolejny środek transportu by dojechać do wybranego celu (ogromna ilość mniejszych i większych robót drogowych po drodze), zastanawiasz się : co mnie jeszcze dzisiaj spotka?.

W ciągu tych minionych, osiemdziesięciu dwóch miesięcy caminowania ze świętym Jakubem, te sytuacje przerabialiśmy wielokrotnie, dlatego też, na przekór wszystkiemu, co dookoła – zmieniamy szybko w głowach swoje plany, modyfikujemy ścieżki i zakładamy na twarz „uśmiech numer pięć”.
To nie dzieje się przypadkowo!
To tak właśnie ma być !

Nasi stali czytelnicy spodziewali się, że dzisiejsze pielgrzymowanie rozpoczniemy we wsi Kopienica a tu będzie niespodzianka – dojechaliśmy i rozpoczynamy swoje wędrowanie z PYSKOWIC.

„Historia tego miasta sięga roku 1256 (pierwsze zachowane dokumenty) i roku 1260, kiedy to książę opolski Władysław I nadał tej osadzie prawa miejskie. Z kalendarium pyskowickiego możemy wyczytać, że miasto miało przez okres tych kilku stuleci, wielu właścicieli. M.in. : księstwo bytomskie, książęta oświęcimscy, król czeski Władysław Jagiellończyk [1484] i rodziny Collonów, Peterswaldzkich, Eichendorfów czy Gaszyńskich.” [wikipedia.org.pl]

Ale dzisiaj, PYSKOWICE, jedno z najstarszych miasta Górnego Śląska, było tylko miejscem naszego wyjścia, by przez wieś Pniów dotrzeć do skrzyżowania, gdzie droga nr 901 przecina się z ulicą Wiejską (Łubie – Toszek) i gdzie przy dobrym rozejrzeniu się, widać żółte muszelki i strzałki, znaczące, że znaleźliśmy się na Drodze Królewskiej św. Jakuba VIA REGIA.
W – tak zwanym międzyczasie – zza groźnych i ciemnych chmur wyjrzało piękne słońce, które sprawiało, że coraz chętniej rozpinaliśmy nasze kurtki a wędrowanie stawało się coraz przyjemniejsze.

Zaraz po wejściu do Zacharzowic, po prawej stronie znajduje się firma sprzedająca fontanny i przeróżne ozdoby ogrodowe z kamienia, stali i szkła, gdzie zapragnęliśmy zrobić sobie pierwsze ale nie ostatnie dzisiaj „selfie”.

Idąc – wciąż jeszcze dla nas – nową ścieżką szlakową, minęliśmy kościół św. Wawrzyńca i weszliśmy w polne drogi, po których spływały potoki wód podeszczowych. Nie zdawaliśmy sobie sprawy idąc wcześniej suchym traktem, że po deszczu wygląda tu tak błotniście. Prawie podobny scenariusz do zeszłotygodniowego wędrowania. A skoro i tak nie mamy w planie drogi powrotnej, to spróbowaliśmy się zmierzyć z tym wodnisto-błotnym terenem.

Nie można było obejść terenu polami, bo wokół płynie rzeczka, więc szukając sposobu na wydostanie się z błotnego terenu, skorzystaliśmy z murka, betonowego przepustu, który wypatrzyliśmy w gąszczu drzew.

Dalsza część wędrówki nie była łatwiejsza, choć momentami i fragmenty asfaltowe się znalazły, byśmy mogli otrzepać buty z wyniesionym błotem. Odetchnęliśmy wielokrotnie po drodze z ulgą że nad głowami mamy świecące słońce a nie padający, lekko czy mocno, deszcz.
Gdy zbliżaliśmy się do ostatniego, leśnego fragmentu drogi, miejscowi przestrzegli nas o możliwości spotkania, przebywających tam lub widzianych niedawno wilków. Może mówili to z uśmiechem, może i ostrzegali – rozglądaliśmy się uważnie dookoła, jeśli można to tak określić, gdy większość drogi nasze oczy były zwrócone na mokre, leśne, liściasto-błotniste podłoże.

Nie wydarzyło by się po drodze nic co chcielibyśmy Wam opisać, gdyby nie fakt, że przy cmentarzu cholerycznym, zatrzymaliśmy się i oglądaliśmy ptaki – dzięcioł czerwony pokazywał nam się co chwilę na drzewie a i niewielki pełzacz – na brzozie obok – chciał zostać przez nas zauważony.
Nasze pielgrzymie wędrowanie nabrało rumieńców jeszcze bardziej, gdy po tych ptasich przygodach wyszliśmy na ścieżkę i … dwukrotnie się zgubiliśmy. (!) Dobrze, że była jeszcze trzecia opcja, którą wybraliśmy i ona okazała się tą właściwą.

Naszym, toszkowym Przyjaciołom, opiekunom tej Drogi przekażemy informacje o tym miejscu i o potrzebie ponownego jego oznakowania, być może poprzednie spadło lub zostało przez kogoś zdjęte, żeby nie powiedzieć, specjalnie zniszczone.

Dzisiaj po drodze mieliśmy dwa cele.
Pierwszym, była miejscowość PISARZOWICE, gdzie mieszkają Beata i Henryk, Przyjaciele pielgrzymów jakubowych, do których już dłuższy czas temu, zapowiedzieliśmy się z wizytą.
W Polsce, miejscowości o nazwie Pisarzowice jest osiem, z czego dwie są w województwie śląskim – w obu byliśmy (a pozostałe są w woj. dolnośląskim, opolskim i wielkopolskim).

Spotkanie przy kawie i słodkościach (nasze rogaliki również „dotarły” na stół) stało się okazją do bliższego poznania się a opowieści o pielgrzymach i pielgrzymowaniu wydawały by się nie mieć końca. Co najważniejsze w tym miejscu, to fakt, że mieszkańcy domu pod numerem 12 (ul.Górna) zawsze przyjmą zbłąkanego wędrowca, pielgrzyma pod swój dach z szerokim uśmiechem, otwierając najszerzej jak się da, swoje gorące serca.
Nie mogliśmy spędzić u nich zbyt dużo czasu, by nacieszyć się w domu obecnością kotów a za oknem, w karmniku setek wróbli, mazurków i sikor, gdyż czas troszkę nas dziś poganiał i kazał na siebie spoglądać. Obiecaliśmy, że latem, jeśli tylko znajdzie się taka okazja, wdepniemy do Beaty i Henryka na dłużej, pozostając u nich na noc – w ten sposób będziemy jeszcze bardziej mogli nacieszyć się tym miejscem.
Miejscem, które naszym zdaniem również mogło by być wspaniałą oazą dla osoby/osób cierpiących na depresję – bo przecież i o tym, dzisiaj w czasie naszego wędrowania, wspominamy i pamiętamy.

I dlatego też, naszym drugim celem był dzisiaj Toszek, gdzie tak jak już wspomnieliśmy odbywały się wydarzenia biegowo-kijkowe, towarzyszące i wspierające wszelkie działania dotyczące tematu DEPRESJI.

Dziękujemy organizatorom za pamiątki, które otrzymaliśmy po przyjściu na toszecki zamek. Medal w postaci zakładki do książki to koncept godny pozazdroszczenia a który wraz z jakubową muszelką, stworzyły idealne połączenie na murach tego, toszeckiego zabytku.

Wspomnieliśmy i pokazaliśmy już nasze „selfie” z Zacharzowic, to wspomnimy, że trzecie tego dnia, zrobiliśmy sobie między murami Zamku, w miejscu przeznaczonym dla zakochanych a takimi wciąż się czujemy i życzymy każdemu, by mógł się tak czuć każdego dnia.
KOCHAJCIE SIĘ !

Wyszliśmy z domu przed ósmą rano, kawą w Pisarzowicach delektowaliśmy się po godzinie trzynastej a na wieczorny posiłek – we własnym mieszkaniu – dojechaliśmy po godzinie dziewiętnastej.
Zmęczenie po chwili dało nam o sobie znać ale uśmiech i radość była w nas do samego momentu, gdy położyliśmy się na zasłużony, nocny odpoczynek.

BUEN CAMINO !

6 komentarzy

Dodaj komentarz