
„To w szyby deszcz dzwoni
deszcz dzwoni jesienny
jednaki, miarowy, niezmienny.
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno
jęk szklany, płacz szklany
a szyby w mgle mokną.
I światła szarego blask sączy się senny
o szyby deszcz dzwoni, dzwoni jesienny.”
(Leopold Staff „Jesienny deszcz”)
Pociąg IC ŚLĄZAK który zabrał nas dzisiaj z bytomskiego dworca kolejowego, mknął dość szybko i bez żadnego spóźnienia (mimo wyjazdu kilka godzin wcześniej z Poznania) przez miasta Górnego Śląska i Małopolski w towarzystwie ciemnych chmur i nieustającego… padającego deszczu.
Zdajemy sobie sprawę z faktu, że jesień już na dobre się rozgościła ale mimo wszystko, chodziły nam z rana po głowie myśli, czy zasłużyliśmy sobie na babie lato czy jednak na coś innego.
Oby te mokre szyby w pociągu nie zwiastowały nam deszczowego CAMINO na które – po pięciu latach oczekiwania – wybraliśmy się na podkarpackie tereny. Jak nas znacie, to wiecie, że przyjmujemy każdą aurę, którą zaoferuje nam Matka Natura.
Pierwszym, podkarpackim miastem gdzie dotarliśmy dzisiaj my i nasze pielgrzymie plecaki, to leżący nad Sanem, na pograniczu Doliny Dolnego Sanu i Podgórza Rzeszowskiego – JAROSŁAW.
„Jarosław, położony na skrzyżowaniu szlaków handlowych ze Śląska na Ruś i z Gdańska na Węgry a także nad dogodną drogą wodną, jaką był San, miał korzystne warunki rozwoju. Przyczynił się do tego także status miasta prywatnego, którego właściciele zabiegali o prawa miejskie i przywileje kupieckie. Znaczącym ośrodkiem handlowym i rzemieślniczym był już na początku XV wieku.
1464 rok to pierwsza znana data pojawienia się Żydów w Jarosławiu. W roku 1501 miasto otrzymało prawo składu, co zmuszało przyjeżdżających kupców do zatrzymywania się i wystawiania swoich towarów. Nad Sanem powstał duży port rzeczny oraz warsztaty, w których wytwarzano szkuty i galary…” (pl.wikipedia.org)
W centrum miasta znajduje się Muzeum (Kamienica Orsetich) do którego Was dzisiaj jednak nie zabierzemy, bo akurat w poniedziałki instytucja jest nieczynna.
Zabierzemy Was jednak na jesienny spacer szlakiem Drogi Królewskiej VIA REGIA i postaramy się znaleźć ciekawe i interesujące, jarosławskie obiekty.
Jeśli jesteście gotowi, to wysiądźmy razem na stacji kolejowej, poszukajmy w okolicy szlakowej muszelki i udajmy się w wyznaczonym kierunku, by pozwiedzać to podkarpackie miasto. I choć polecenie o szukaniu muszelek zdaje się być prościutkim i oczywistym, to w Jarosławiu jest ono zadaniem – po prostu – niewykonalnym.
Więc pielgrzym zaopatrzony w telefon i ślad gps wbijając oczy w urządzenie o mało co, nie ominie pierwszej, napotkanej świątyni „wtulonej” w miejskie kamienice.
Rektoralny kościółek pw. Świętego Ducha, to „barokowa świątynia, dawny kościół szpitalny dla ubogich i chorych. Otwory strzelnicze pod okapem sugerują pełnienie funkcji obronnych o czym świadczą również grube mury i wąskie okna. Wzniesiony w roku 1690. Z pierwotnego wyposażenia zachował się ołtarz główny oraz obrazy MB Pocieszenia i Ukrzyżowania Chrystusa.”
Na taki opis internetowy natrafiliśmy. A my dodamy, że obraz Matki Bożej usytuowany jest na elewacji zewnętrznej kościoła i o każdej porze – czy to w dzień czy w nocy – jest ona widoczna bez wchodzenia do świątyni.
Jarosławski rynek przeszliśmy rozglądając się na lewo i prawo, mijając wspomniane, nieczynne dziś muzeum. Doszliśmy do końca uliczki, której zwieńczeniem była piękna Cerkiew Przemienienia Pańskiego, stanowiąca grecko-katolickie Sanktuarium Maryjne z początków XVII wieku.
Kilka minut później, zbliżając się do Małego Rynku aż zakrzyknęliśmy z radości widząc caminowy, szlakowy słupek. Uprzedzimy uczciwie w tym miejscu, że był to jeden z dwóch drogowskazów, znalezionych dzisiaj w Jarosławiu.

Z tym większą radością weszliśmy do Kolegiaty pw.Bożego Ciała, która jest miejscem szczególnego kultu „jaśniejącego łaskawością” wizerunku Matki Bożej Śnieżnej Królowej Rodzin. Piękna świątynia w której chciało się pozostać trochę dłużej. Datę budowy świątyni przyjmuje się na lata 1591-1594 a poświęcona w roku 1890 po tym, jak odbudowano ją po pożarze z roku 1862, choć nie był to jedyny pożar w historii tego jezuickiego kościoła (pierwotnie pw. św.Jana). Wg informacji znalezionych w sieci jest to „najstarszy pojezuicki kościół w Polsce – za czasów I i II Rzeczypospolitej był nim kościół w Nieświeżu”.
Po tych doznaniach wzrokowych i duchowych, mogliśmy zejść z wytyczonej, Jakubowej ścieżki, by udać się za mury Opactwa Benedyktyńskiego, gdzie zaplanowaliśmy spędzenie trzech kolejnych nocy.
„Dawny zespół kościelno-klasztorny ufundowany został przez właścicielkę miasta Annę Ostrogską, która w roku 1611 sprowadziła z Chełmna do Jarosławia siostry benedyktynki i osiedliła na wzgórzu z drewnianym kościółkiem św.Mikołaja „przy którym niegdyś była fara i miasto wybudowane” czyli wczesnośredniowieczny Jarosław”. (jaroslaw.pl)
W pokoju (niewielkiej celi, raczej), oznaczonej numerem 301 mogliśmy zdjąć nasze wędrówkowe plecaki i pozwolić sobie na chwilę odpoczynku. Nie był to długi odpoczynek, bo mieliśmy jeszcze ochotę na zwiedzenie miejsca zakwaterowania i dalszą wędrówkę ze św.Jakubem.
„W lipcu 1944 roku wojska niemieckie wycofując się chciały zatrzeć ślady swoich działań przed ofensywą wschodu, podpaliły obiekty klasztorne, czego efektem było spłonięcie dachu klasztornego i nakryć wież kościoła. Niemcy urządzili magazyn chemiczny. Znajdowały się tam duże ilości karbidu oraz inne, podobne środki chemiczne (w tym miejscu nie skłamiemy Wam, jak przez jakiś czas czuliśmy silny, chemiczny zapach na klasztornym korytarzu – przypis MwP). Ogień, po dojściu do tego miejsca nie spowodował przewidywanego wybuchu, jednak wytworzył tak wysoką temperaturę, że ceglane ściany z łukowym stropem zaczęły się topić. Pożar nie zniszczył konstrukcji nośnej tej sali, jedynie wysoka temperatura spowodowała topnienie cegły i zabarwienie wnętrza na czarno.
Po II wojnie światowej uporządkowano ją, pozostawiając czarny, nadtopiony sufit, z charakterystycznymi soplami podobnymi do stalaktytów. Miejsce to nazwano „czarną komnatą. Obecnie znajduje się tu kaplica nazwana „Czarną Kaplicą” Matki Bożej Częstochowskiej.” (internet)
Będziemy do Niej często zaglądać.

Ciekawostką dnia był fakt, że do przyległego do budynku Opactwa, kościoła św.Mikołaja Biskupa i św.Stanisława Biskupa (wzniesionego w latach 1615-1624) weszliśmy przez … miejscową kawiarenkę.
Zakończenie dzisiejszej pielgrzymki zaplanowaliśmy w klasztorze Ojców Dominikanów w jarosławskiej bazylice, która wraz z Kolegiatą św.Ducha stanowią w tym roku miejscowe Kościoły Jubileuszowe.
Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Pani Jarosławskiej to piękne miejsce i już po kilku chwilach żałowaliśmy, że leży tak daleko od naszego Bytomia. Żeby zerknąć w jej każdy kąt, przyjrzeć się z miłością i radością Cudownej Piecie oraz zapoznać się z prawie dwustoma relikwiami zebranymi ja Relikwiarskim Ołtarzu nie można poprzestać na jednej, krótkiej wizycie. Dlatego, bez zbędnej zwłoki zajrzyjcie na stronę internetową www.jaroslaw.dominikanie.pl by chociaż zapoznać się po części z tym miejscem.
„Kościół jest miejscem związanym z legendą o cudownym pojawieniu się na polnej gruszy wizerunku Piety. Jarosław był wtedy małym miastem mieszczącym się w obrębie murów miejskich. Trzy drogi biegnące na północ, południe i zachód, otwierały go na ówczesny świat. Przy jednej z tych dróg, biegnącej w kierunku Krakowa, w sporej odległości od miasta, 20 sierpnia 1381 roku, grupa pasterzy znalazła figurę Matki Bożej trzymającej na rękach ciało zmarłego Chrystusa.
Prosta figura wykonana przez nieznanego autora z drewna polnej gruszy zadziwiła pasterzy. Nie zastanawiając się długo zabrali ją i przenieśli do kościoła parafialnego w Jarosławiu. Jednak – jak podaje legenda – w nocy, ku zdumieniu wszystkich, figura powróciła na miejsce skąd zabrali ją pasterze.
Na „wzgórzu pobożności” – jak nazwano to miejsce – zbudowano drewnianą kapliczkę, w której umieszczono figurę Matki Bożej, zapewne już wówczas nazwanej Bolesną. Stała się ona celem licznych pielgrzymek, według tradycji modliła się tu m.in. królowa Jadwiga przed legendarną Bitwą pod Zgubnej w 1387 roku…” (pl.wikipedia.org)
I to tu właśnie, przed świątynią, znaleźliśmy drugi dziś, jarosławski kierunkowskaz dla muszelkowych wędrowców. Dzielimy się jej wyglądem, bo nie dość, że nie jest łatwo go znaleźć to i z odczytaniem na miejscu można mieć problem.

Jedno popołudnie, kilka kilometrów a ile ciekawostek. W samym Jarosławiu jest sporo miejsc do zwiedzania i zabytkowych kamienic oraz cmentarzy. Nie obiecujemy, że znajdziemy przez kolejne dni czas, by coś jeszcze tu zobaczyć ale na pewno Was na to podkarpackie miejsce, zapraszamy.
Czas na odpoczynek.
Jeśli wystygła Wam już herbata to zróbcie sobie kolejną na resztę wieczoru lub poczekajcie do jutra, by po świeżej, porannej kawie zabrać się za nami na caminową wędrówkę.
„Dokąd idziemy?” – na pewno do świętego Patrona Wszystkich Pielgrzymów. Nie będzie to hiszpańskie Santiago de Compostela ale … będzie przepięknie.
BUEN CAMINO !

