2025.05.30__GLINICA-LUBLINIEC__10km

Wczorajszy dzień, jak to zwykle u nas bywa po powrocie, poświęciliśmy na opróżnienie plecaków, kilka prań a co nade wszystko najważniejsze, na uzupełnienie lodówki. Gdy wyjeżdżaliśmy tydzień temu, zostawiliśmy w niej kilka jajek i … światło.

Ale w trakcie majowego urlopu mieliśmy jeszcze zaplanowany niewielki, caminowy bonusik – piątkową wyprawę na Częstochowską Drogę św. Jakuba. Mogliśmy ją sobie zaserwować w sobotę ale względy komunikacji zdecydowały, że piątek w rozkładzie kolejowym wyglądał zdecydowanie przyjaźniej dla pasażerów niż dzień wolny. Dlatego to właśnie dzisiaj dojechaliśmy z przesiadką – do GLINICY.

„Pierwsza wzmianka o osadzie pochodzi z 1305 roku. Nazwa wywodzi się od glinianek, czyli miejsca wydobycia gliny. W 1767 roku hrabina Anna Barbara von Gaschin – Pani na Turawie i Lublińcu – postawiła w Glinicy manufakturę wyrobów fajansowych. Do fabryki sprowadzono wyposażenie z królewskiej manufaktury porcelany w Berlinie. Na początku produkowano tu wyroby powszechnego użytku: talerze, miski, salaterki, filiżanki, dzbany, wazy itp. Z czasem zaczęto wytwarzać też tzw. przedmioty zbytku – dekoracyjne figurki i zabawki. W 1787 roku manufaktura w Glinicy stała się własnością rządu pruskiego. W 1840 roku roczna produkcja wynosiła ok. 35 tys. różnorakich naczyń. W 1856 roku czasowo wstrzymano produkcję. Fabrykę w Glinicy zamknięto w roku 1870, chociaż później były próby wznowienia produkcji” [przewodnik „Częstochowska Droga św. Jakuba, rok 2016”]

Kilkanaście minut później stanęliśmy przed świątynią Wniebowzięcia NMP (najbardziej wysunięty kościół stacyjny Roku Jubileuszowego w diecezji gliwickiej), czyli diecezjalnym Sanktuarium Matki Bożej Lubeckiej w LUBECKU.
Od pierwszego razu, kiedy tu stanęliśmy bardzo nam się to miejsce podoba i sprawia, że czujemy się tu – po prostu wyjątkowo.

„Freski na ścianach przedstawiają sceny z życia Pana Jezusa i Maryi: Zwiastowanie, Boże Narodzenie, Pokłon Trzech Króli oraz rzadko spotykane w ikonografii Obrzezanie Jezusa w świątyni. Kolejne sceny ukazują pocałunek Judasza, Chrystusa przed Annaszem i Kajfaszem, umywającego ręce Piłata, mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Znajdująca się na ścianie wschodniej scena ukrzyżowania jest fragmentem jeszcze wcześniejszego malowidła. (…) Towarzyszył temu niezwykły pomysł i kunszt oraz duża aranżacja plastyczna, niezbyt często spotykana w gotyku. (…) Lubeckie malowidła są wspaniałym przykładem <Biblii pauperum> dla wiernych tamtych czasów. (…)” [przewodnik „Częstochowska Droga św. Jakuba, rok 2016”]

Ku naszemu zaskoczeniu Sanktuarium było otwarte i całe dla nas. Cisza w takim miejscu jest czasami bardzo przydatna, bo można bez przeszkadzania innym, zajrzeć w każde miejsce i w każdy zakątek świątyni.
W ołtarzu czekała na nas Matka Boża Lubecka.

„W kościele w Lubecku, w ołtarzu, widnieje cudowny medalion, który został znaleziony na terenie parafii w 1716 roku. Namalowany jest na srebrnej blasze o wymiarach 12,5 cm na 7,5 cm. Na jego awersie znajduje się wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem, zaś na rewersie – „Ecce Homo”, czyli wizerunek Zbawiciela w cierniowej koronie.
Ze względu na łudzące podobieństwo do obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, gdy tylko wieść o znalezisku dotarła na Jasną Górę, przybyła delegacja ojców paulinów upomniała się o wydanie medalionu, co spotkało się ze stanowczym sprzeciwem parafian i ówczesnego proboszcza. Sporządzono wówczas jedynie dokument o okolicznościach znalezienia medalionu, który został spisany 12 marca 1720 roku.”

Z sufitu świątyni, spogląda na wiernych dwunastu apostołów, więc bez trudu odnaleźliśmy tam naszego Patrona, Jakuba Apostoła Starszego (pierwszy od strony chóru). Zdjęcie zapożyczyliśmy jednak z wcześniej cytowanego przewodnika, gdyż światło słoneczne w kościele i wysokość malowidła nie pozwoliła by nam wyraźnie Go dla Was wyeksponować.

[przewodnik „Częstochowska Droga św. Jakuba, rok 2016”]

Oczywiście, żadne zdjęcie nie zastąpią spojrzenia na św. Jakuba, wszystkich apostołów i całego wnętrza lubeckiego Sanktuarium. Do tego miejsca po prostu trzeba przybyć osobiście i poczuć tam, na własnej skórze te kilkaset lat historii lubeckiej świątyni.
Jeśli zechcecie się z nami podzielić własnymi przeżyciami związanymi z tym miejscem, w komentarzu jest sporo przestrzeni.
Zapraszamy !

Przez wioskę Kanus, miejsce narodzenia Franciszki Ciemiengi, przeszliśmy powoli, ale niestety – po raz kolejny nie zastaliśmy żadnej żywej, ludzkiej istoty w pobliżu domu, w którym żyła znana tutaj kobieta, która pochowana jest tuż przy za-ołtarzowej ściany lubeckiej świątyni. Na podwórku biegało sporo drobiu, ale nie zaryzykowaliśmy wejścia dalej, niż pozwala zwykła, ludzka kultura.

Jeszcze jedną miejscowością po drodze, były LISOWICE, gdzie odczekaliśmy kilkanaście minut na przejazd pociągu Intercity (do Wrocławia) i w której znajduje się Muzeum Paleontologiczne z witającym przechodniów, ogrodowym dinozaurem.

Prawie doszliśmy do końca wsi gdy kątem oka zobaczyliśmy kościelną wieżę z krzyżem, nieopodal ścieżki którą pielgrzymowaliśmy. Mieliśmy sporo czasu na to, by zejść z Drogi i lekko odbić w bok, dochodząc do świątyni pw. św. Jana Nepomucena.
Kościół był zamknięty ale z tyłu, znaleźliśmy ogród, do którego weszliśmy i zobaczyliśmy co tam się ukrywa za drzewami i krzewami.
Wśród rosnącej tam, ciekawej roślinności, można znaleźć różne eucharystyczne motywy oraz przeróżne cytaty i teksty, które można było sobie przeczytać na miejscu, lub zabrać ze sobą, by podzielić się nimi – na przykład z czytelnikami muszelkowego bloga :

Ze świętym Jakubem doszliśmy do niezbyt ruchliwej DK908, skąd powędrowaliśmy do centrum Lublińca, by tam, nawiedzić jeszcze jedną świątynię, będącą kaplicą adoracyjną (w Roku Jubileuszowym) w naszej, gliwickiej diecezji.

„Kościół św. Mikołaja w Lublińcu jest w dzisiejszej formie efektem wielu etapów budowy oraz przebudów, które miały miejsce w kolejnych wiekach. Pierwotnie był to obiekt gotycki, choć w świetle dostępnych źródeł trudno wskazać dokładny rok jego powstania. Później, z wykorzystaniem starych murów, wzniesiono tu budowlę barokową. Kolejne prace, które przypadały na XVII, XVIII i XIX w., doprowadziły do tego, iż obiekt zatracił wyraziste cechy stylowe.”

„Pierwsze wzmianki na temat istnienia lublinieckiej świątyni pochodzą z przełomu XIII i XIV w. i dotyczą obiektu, który istniał tu zapewne wcześniej. Symboliczne obchody 600-lecia kościoła miały miejsce w 1936 r., choć ustalenie tej rocznicy nie zostało oparte na jakichś pewnych dokumentach. Ze źródeł pisanych wiemy, iż w 1389 r. książę opolski Władysław darował tutejszej parafii młyny. Dokumenty świadczące o tym, że miejscowy kościół nosił wezwanie św. Mikołaja pochodzą z połowu wieku XV. Tutejsze ziemie po 1532 r., a więc po wygaśnięciu linii Piastów opolskich, znalazły się na pewien czas w składzie Królestwa Czech, po czym przechodziły z rąk do rąk. W latach 1576–1590 ówczesny pan okolicznych ziem, Jan Kochcicki, ufundował nowy kościół w Lublińcu (ustalenie dokładnej daty budowy nastręczało badaczom trudności). Obiekt, stojący tu do dziś, wzniesiono z wykorzystaniem pierwotnej budowli – jednak na skutek licznych przebudów zatracił cechy stylowe. Najstarszą częścią obecnego kościoła jest pozostałe z tamtej budowli prezbiterium. Między badaczami istnieją pewne różnice zdań co do zakresu, w jakim wykorzystane zostały pierwotne mury podczas powstawania obecnej świątyni. Przez pewien czas, w okresie reformacji, kościół znajdował się w rękach luteranów. Około połowy w. XVII obiekt był przebudowywany. Wówczas, przy wsparciu rodu Cellarych, wzniesiono w 1648 r. kaplicę pw. św. Karola Boromeusza. Kolejne przebudowy miały miejsce w roku 1675 oraz w XVIII i XIX w. Dziś obiekt nie posiada jednolitego stylu – wskazać można w nim cechy gotyckie, barokowe oraz klasycystyczne.” [slaskie.travel.pl]

Gdy rano zerkaliśmy w aplikacje pogodowe to w planie deszcz był przewidziany po godzinie czternastej. Gdyby pokazywały opady deszczu od rana, to wydaje nam się, że zmienilibyśmy program wolnego piątku. Od wyjścia z pociągu w Glinicy (po godzinie dziesiątej) do wejścia na peron w Lublińcu (przed godziną piętnastą), peleryny ochraniały nasze plecy i plecaki a co rusz, dodatkowo w rękach pojawiały się ochronne parasole. Gdy tylko peleryny zdążyły przesychać przy majowym wietrze, to dostawały kolejną i kolejną porcję deszczu. Raz lało raz kapało a większą część dnia siąpiło – trudno było dzisiaj się zdecydować Matce Naturze.

Ale my jesteśmy zadowoleni i dumni, iż pomimo nieciekawej pogody, wędrowaliśmy wspólnie, często trzymając się za ręce, przez tą jakubową i życiową Drogę.

BUEN CAMINO !

Dodaj komentarz