
Gdy stajesz na znajomym dworcu kolejowym i przemierzasz uliczki, które poprzednio były zakończeniem Twojego CAMINO, od razu uśmiech pojawia się na twarzy a między nami wytworzył się dialog w formie : „Pamiętasz? Tu jest to i to a tam byliśmy, zaraz będzie ten sklep”… a za chwilę wiesz, gdzie zobaczysz znajomą Ci już, bazylikę.
Tak rozpoczęliśmy ten majowy wtorek w TRZEMESZNIE, mieście, gdzie i świątynia i leżący nieopodal cmentarz znamy bardzo dobrze.
Kościół Wniebowzięcia NMP i św. Michała Archanioła (kościół stacyjny w Roku Jubileuszowym) to „świątynia z początków XII wieku, postawiony w formie bazylikowej.”
” W czasie II wojny światowej okradziony przez Niemców z wszystkich cennych przedmiotów i zamieniony na magazyn wojskowy. Spalony 21 stycznia 1945 roku podczas opuszczania miasta przez żołnierzy Wermachtu, odbudowany w latach 50 i 60 dwudziestego wieku wraz z dokładną rekonstrukcją elementów wyposażenia wnętrza. W 1969 roku podniesiony do godności bazyliki mniejszej przez papieża Pawła VI.” [pl.wikipedia.org]
Przed nami szykowała się dość długa Droga, więc w najbliższej okolicy, w sołectwie Miaty, postanowiliśmy zrobić sobie śniadaniową przerwę.
Ze strony camino.net wiedzieliśmy, że taką wiatę powinniśmy tam zastać.
Ku naszej radości odnaleźliśmy ją przy wiejskiej świetlicy ale, całkiem przypadkiem, mogliśmy z niej skorzystać. Otóż, wiata stoi i owszem przed budynkiem świetlicy ale cały teren otoczony jest płotem i gdy nikt tam nie przebywa, po prostu zamyka się furtkę i bramę na kłódki.
Nam, jak wspomnieliśmy udało się przy niej usiąść bo przyszły dwie Panie i zajęte były zamkiem przy drzwiach wejściowych do budynku. W przeciwnym razie nawet byśmy jej nie ujrzeli (stoi schowana za drzewami).
A szkoda wielka by była, gdyby pielgrzym nie mógł skorzystać z miejsca, specjalnie dla niego przygotowanego. (Chyba właśnie taki był zamysł przy tworzeniu tych wiat i wydaniu na nie europejskich lub powiatowych środków finansowych).

Jak ważne jest oznakowanie szlaku lub jego brak, przekonaliśmy się kilkadziesiąt minut później. Jakiś intuicyjny, pielgrzymi zmysł, kazał nam się zatrzymać przy drodze i sprawdzić ślad gps. Okazało się dokładnie to, czego się w tym momencie spodziewaliśmy.
Nasze nogi poszły prosto drogą asfaltową a jakubowa nitka szlakowa już wcześniej „poszła w las”, czyli skręciła w ścieżkę, której nie ukrywając, bardzo wypatrywaliśmy.
Uprzedzimy nieco i napiszemy, że odcinek który dzisiaj przeszliśmy oznakowany jest tak naprawdę na „piątkę z plusem”, więc albo my nie dostrzegliśmy jakiegoś znaku do skrętu lub znaleźliśmy się w jedynym dziś, nie doznakowanym miejscu.
Zgłosimy gdzie trzeba i jak zawsze, będziemy liczyli na szybką i skuteczną reakcję.

Ten, nazwijmy to, środkowy fragment był jednym z piękniejszych na dzisiejszej pielgrzymce. Co rusz z lasu wyłaniały się sarny a natura z każdej strony pokazywała swoje cuda : ogromne połacie konwalii i paproci, zieleń piękna i majowa, zapachy z lasu (te przyjemne) i z pola (niekoniecznie do wąchania) a nade wszystko – życie dzięciołów. Widzieliśmy zarówno dziuple i słyszeliśmy wydostające się z nich piski małych głodomorów jak i te większe, rodzicielskie okazy, które podobne do dronów, kursowały raz z jednej, raz z drugiej strony drogi, niosąc w dziobach smakołyki dla swoich podopiecznych.
Powtarzamy się i powtarzać będziemy, my mieszczuchy taką naturą po prostu, każdorazowo, zachwycamy się i przyglądamy się z wielkim zainteresowaniem.
Dochodząc do wsi NIECHANOWO, słysząc dzwony kościelne wybijające południe, radowaliśmy się bardzo bo czuliśmy i wiedzieliśmy, że czekał tam na nas św. Jakub Apostoł.
Główna ulica wsi miała nazwę Różana i nie zdziwiła nas ona ani trochę, bo w herbie miejscowości jest właśnie piękna, czerwona róża.

Drewniany kościół św. Jakuba Apostoła (KOŚCIÓŁ NR 61) pochodzi z XVIII wieku (parafia erygowana była w wieku XIV) a rozbudowany został w wieku XX.
Z zarysu historycznego kilka faktów (ze strony parafialnej) :
1668 – przywiezienie z Rzymu relikwii św. Maksyma z Turynu i umieszczenie ich w ołtarzu głównym,
1693 – ufundowanie przez proboszcza Lochmna chrzcielnicy służącej po dzień dzisiejszy,
1906 – dobudowanie murowanej części kościoła od stony zachodniej,
1945 – (11 luty) pierwsza msza święta po zakończeniu wojny,
1956 – poświęcenie obrazu Matki Bożej Nieustającej Pomocy i zapoczątkowanie nowenny ku Jej czci oraz remont kościoła.
Przed świątynią stoi wielkich rozmiarów jakubowa muszla, która jako jedyna dała się obejrzeć i dotknąć pielgrzymom. Świątynia jak i probostwo były pozamykane na wszystkie możliwe zamki (z zasłoniętymi żaluzjami na plebanii włącznie). Przykro i smutno nam się zrobiło, lecz nie pierwszy raz się spotykamy z zamkniętym kościołem jakubowym, więc pozdrowiliśmy naszego Patrona z zewnątrz i podążyliśmy przed siebie, dalej.

Majowe słońce towarzyszyło nam dzisiaj całą drogę i szczerze powiedziawszy, cieszył nas fakt, że wiatr też do tego towarzystwa chętnie dołączył.
Gdy dotarliśmy do centrum Gniezna, ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że wczoraj ominęliśmy gnieźnieńską farę, czyli piękny kościół św. Trójcy. Wnętrze, jak każdy murowany kościół dało nam trochę chłodu i pozwoliło kilka chwil odsapnąć w zupełnej ciszy.
„Najwcześniejsze hipotezy dotyczące założenia kościoła sięgają X wieku, kiedy to według Rocznika Sędziwoja z XV wieku, Dąbrówka ufundowała w grodzie gnieźnieńskim kościół pod wezwaniem św. Rocha i św. Trójcy (dla kościoła farnego nie zachował się jego akt erekcyjny w związku z tym, pojawia się wiele spekulacji poruszających kwestię jego genezy).”
Niektórzy przypuszczają, „że kościół musiał zostać wybudowany po lokacji miasta na prawie średzkim z 1243 roku lub w 1334, kiedy to w kościele katolickim, ustanowiono uroczystość św. Trójcy, która patronuje od początku kościołowi farnemu…”

„Pewniejszym jest fakt zniszczenia pierwotnej świątyni. W 1613 roku, w okresie jarmarku św. Wojciecha w Gnieźnie miał miejsce pożar w którym ucierpiało całe miasto i jego budynki. Okrutny los dotknął także kościół św. Trójcy który doszczętnie spłonął. Jego odbudowa trwała niemal 20 lat a konsekracji nowo-powstałego kościoła dokonał w 1632 roku bp. Andrzej Gembicki.” [fara.gniezno.pl].
Uznaliśmy więc, że św. Roch czekał na nas właśnie dzisiaj, abyśmy po długiej pielgrzymce zajrzeli do tej świątyni i tam zechcieli odpocząć.
33,77 km – taki dokładnie pokonany dystans pokazały nam nasze aplikacje gdy zeszliśmy ze szlakowej nitki św. Jakuba i udaliśmy się na dłuższy odpoczynek.
Miejsce noclegowe mieliśmy zarezerwowana od niedzieli, niecały kilometr od tej drogi.
CZARNA OWCA – bo tak nazywa się przybytek z pokojami gościnnymi w którym nocowaliśmy, polecamy jako pielgrzymi i dedykujemy go tym, którzy chcą mieć blisko na drugi dzień na powrót na szlak, bo dystans kilku minut to niewielki fragment, by znowu powędrować w dalszą Drogę ze św. Jakubem w kierunku Santiago de Compostela.
My, jutro, udamy się jednak w przeciwnym kierunku, by dwoma pociągami (tym razem z przesiadką we Wrocławiu), powrócić do domu i cieszyć się jeszcze kilkoma dniami majowego urlopu.
Chcielibyśmy tu wrócić za rok.
Czy nam się to uda?
To chyba tylko nasz św. Jakub Apostoł wie…
BUEN CAMINO !

