
Obchodzony corocznie, głównie w amerykańskich kręgach DZIEŃ LICZBY PI ma krótką historię, gdyż jej początek datowany jest na rok 1988 (jak wiadomo, amerykanie zapisują datę jako 3.14 w przeciwieństwie do Europejczyków 14.03)
Wydarzenie religijne, jakim jest EKSTREMALNA DROGA KRZYŻOWA jest jeszcze młodsze, bo zainicjowane dopiero w roku 2009 „aby spróbować nowatorskiego typu duchowości, innego przeżywania drogi krzyżowej”. Idea ta została rozpropagowana i wciąż rozwijana przez ks. Jacka Stryczka w Krakowie.
Prawie sto lat, czyli w tym skromnym towarzystwie „na bogato”, ma częstochowska dzielnica RAKÓW, gdzie rano wysiedliśmy z pociągu Kolei Śląskich (o godzinie 7:24)
„Raków to dzielnica Częstochowy położona na południowy wschód od centrum, nad Wartą. Powstała pod koniec XIX wieku wraz z Hutą Częstochowa, której rozwój znacząco wpłynął na jej charakter. Początkowo samodzielna osada przemysłowa, w 1928 roku Raków został włączony do Częstochowy. Dziś jest to głównie obszar zabudowy wielorodzinnej, dobrze skomunikowany za pomocą tramwajów i autobusów, z główną arterią – aleją Pokoju – oferującą ścieżkę rowerową. Historia dzielnicy ściśle związana jest z hutnictwem i rozwojem przemysłowym regionu.” [mapy.com.pl]
To tu właśnie rozpoczniemy dzisiaj swoją własną, muszelkową ale dla odmiany – dzienną – EKSTREMALNĄ, WIELKOPOSTNĄ DROGĘ, na którą właśnie teraz chcemy Was zaprosić. Dystans spory więc po drodze będą miejsca, do których będziemy chcieli zajrzeć bardziej lub zatrzymać się na nieco dłużej niż zwykle.
Wychodzimy więc, mając w plecakach oprócz muszelek, naszego patrona św. Jakuba Apostoła, który większość DROGI będzie nas z całą pewnością wspierał.
A w tej częstochowskiej, stuletniej dzielnicy, znajdujemy od razu świątynię, od której rozpoczęliśmy dzisiaj nasze wędrowanie i od razu zgodnie z muszelkowym, tegorocznym projektem, było to Sanktuarium św. Józefa Robotnika.
„Świątynię zbudowano w znaczącym miejscu – na niewielkim, skalnym wzniesieniu. Na początku ubiegłego wieku stała tutaj tylko drewniana kapliczka. Później została ona zastąpiona obiektem murowanym, ufundowanym przez pracowników huty Hantkego. W 1910 roku biskup włocławski, Stanisław Zdzitowiecki, ustanowił w Rakowie rozległą parafię, której patronem został św. Józef Robotnik. Dzisiejszy budynek kościoła wzniesiono w latach 20. i 30. ubiegłego wieku, kiedy proboszczem był ks. Stefan Niedźwiecki.
(…) W ołtarzu głównym odnajdziemy obraz św. Józefa z małym Jezusem na ręku, namalowany w XVII wieku, a pochodzący z okolic Wielunia. Warte uwagi są ponadto: kaplica Adoracji Najświętszego Sakramentu, barokowy obraz św. Barbary, figury archaniołów Michała i Gabriela. Przy kościele wznosi się dzwonnica – campanilla. Od ulicy świątynię odgradzają krużganki, w których umieszczono tzw. Dróżki św. Józefa z 14 kopiami obrazów śląskiego mistrza, Michała Leopolda Willmanna. W 2002 roku kościół ustanowiono Sanktuarium św. Józefa.” [orlegniazda.pl]

Chętnie spędzilibyśmy więcej czasu w tej przepięknej świątyni.
Po jej opuszczeniu, udaliśmy się najkrótszą drogą do miejsca, gdzie można już na aplikacji gps odnaleźć nitkę szlakową znakowaną żółtymi muszelkami, czyli znaleźliśmy się na Jasnogórskiej Drodze św. Jakuba, którą postanowiliśmy pielgrzymować dalej w kierunku Konopisk i Rększowic.
Mamy nadzieję, że „wyszliście” już z nami i możemy wrzucić swoje pielgrzymie tempo wędrowania.
Poranna aura sprawiła, że ubraliśmy się nieco bardziej na cebulkę, niż mogło by się wydawać w prognozach temperaturowych ale zdawaliśmy sobie też sprawę, że z godziny na godzinę słońce będzie grzało bardziej i że będziemy z siebie zrzucać wierzchnie okrycia.
Nie pomyliliśmy się – gdyby nie wiedza, że mieliśmy dzisiaj ostatnią sobotę zimy, to myślelibyśmy że jest początek maja. Cudownie się wędrowało przy tej słonecznej acz wietrznej momentami, pogodzie.
Konopiska, od pierwszego naszego pobytu, zostaną w naszej pamięci jako miasto z największym zagęszczeniem garniturów na metr kwadratowy powierzchni. Producenci i sprzedawcy tej wykwintnej odzieży (kobiece suknie ślubne i balowe również tak gościły) zagospodarowali kilkaset metrów drogi doprowadzającej do samego centrum Konopisk, gdzie znajduje się kościół pw. św. Walentego.
„Wieś Konopiska istniała już w XV w. Stał tu zamek obronny, chroniący granice od strony Śląska. W 1470 r. wieś była własnością Jakuba Koniecpolskiego, kanonika gnieźnieńskiego i krakowskiego, z którego darowizny weszła do dóbr będących wyposażeniem klasztoru OO. Paulinów na Jasnej Górze. (…) Pierwszy kościół drewniany, zbudowany został w 1615 r. staraniem prowincjała Zakonu Paulinów – o. Walentego Grześby – Kowalskiego. Konsekrował go biskup pomocniczy krakowski Tomasz Oborski 3 listopada 1623 r. W 1765 r. został nieco rozbudowany. W 1903 r. rozebrano go, gdyż mimo przeprowadzonych remontów – uległ ruinie.
Na jego miejscu w latach 1903-10 powstał obecny kościół murowany, staraniem ks. Antoniego Bludzińskiego (1900-08) i wykończony przez jego następców: ks. Leona Stawickiego (1908-10) i ks. Henryka Kołakowskiego (1910-17). Konsekracji dokonał biskup Stanisław Zdzitowiecki 4 czerwca 1914 r. W XXI wieku kościół nadal wygląda okazale i wypełnia swoją rolę .” [parafia-konopiska.pl]

Planując przerwę posiłkową, udaliśmy się na przystanek komunikacji autobusowej (gdyż przy kościele nie ma ani jednego miejsca żaby usiąść) i zajrzeliśmy też do znanego sklepu z zielonym logo.
Niestety, w czasie naszej obecności dwukrotnie nastąpił brak prądu, więc o napiciu się gorącej kawy mogliśmy sobie tylko pomarzyć. Na nasze szczęście udało nam się w tzw. „międzyczasie energetycznym” nabyć dwie butelki wody.
W samo południe, udaliśmy się w dalszą drogę wierząc bardzo, że gdzieś po drodze jeszcze ta kawa się dla nas znajdzie.
Jak myślicie, co sprawia radość pielgrzymowi na caminowej Drodze?
Odpowiedź jest prosta.
Usłyszenie słów BUEN CAMINO!
Tak się właśnie stało na prostej drodze wzdłuż miejscowego Zalewu „Pająk”.
Dwoje nadchodzących pielgrzymów już z daleka dało znać, że czeka nas piękne spotkanie ale nie spodziewaliśmy się aż takiego, bliskiego spotkania.
Aleksandra i Dariusz, to górnośląscy a precyzyjniej ujmując…bytomscy pielgrzymi, którzy wybrali sobie ten weekend na wędrówkę w przeciwnym do nas kierunku, czyli do Czarnej Madonny na Jasną Górę, ze swoimi intencjami.
DZIĘKUJEMY Im za to piękne i wyjątkowe spotkanie.
Kilkanaście minut później – jeszcze z uśmiechami na twarzach – stanęliśmy przy znanym nam już kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Rększowicach, a dla nas w Sanktuarium Krzyża Świętego.
Historię tego miejsca można odczytywać od tego wydarzenia :
„Milenijny krzyż (dębowy), złożony w zagrodzie w Rększowicach, na polecenie komunistycznych władz polityczno – administracyjnych z Częstochowy, 30 kwietnia 1966 r. został porżnięty przez funkcjonariuszy milicji i ORMO. Pocięte segmenty krzyża władze te nakazały złożyć w kościele parafialnym w Konopiskach, gdzie wierni spontanicznie wyrażali swój ból i akty ekspiacji wobec sponiewieranego i aresztowanego znaku zbawienia. Ten zbrodniczy zamach na Chrystusowy krzyż wstrząsnął uczuciami religijnymi miejscowej ludności i okazał się “błogosławioną winą” wyczulającą na sprawy wiary i Kościoła, przygotowującą wiernych do godnej i odważnej postawy, gdy przyjdą następne zagrożenia; wspólnota ta bowiem należała do najbardziej atakowanych przez władze komunistyczne, nim jeszcze formalnie została ustanowiona jako parafia. Ten akt ideologicznej represji wobec tutejszej parafii stał się głośny w kraju i zagranicą.”

„13 września 1987 r. biskup Stanisław Nowak uroczyście poświęcił kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Rększowicach, wznoszony w bolesnej tajemnicy i w duchu ekspiacji za znieważenie krzyża; budowany znojem pracy i ofiarą parafian i diecezji pod umiejętnym przewodnictwem ks. proboszcza Stefana Z. Jachimczaka.” [parafiarekszowice.pl]
Droga przed nami – z każdym kolejnym krokiem – stawała się coraz trudniejsza a mieliśmy świadomość, że jeszcze kilka godzin wędrowania jest przed nami. Gdy w Drogobyczy usiedliśmy na chwilę, by złapać oddech i napić się wody, św. Jakub Apostoł podstawił nam busa, który docelowo zmierzał do Tarnowskich Gór. Nie mieliśmy ani sekundy wahania – pomachaliśmy uśmiechniętemu kierowcy – że dzisiaj z tego środka transportu nie skorzystamy i konsekwentnie – tak jak sobie zaplanowaliśmy – udamy się do naszego miejsca przeznaczenia, pieszo.
Jak już wspomnieliśmy na początku, nie dość że była to Droga EKSTREMALNA, to także WIELKOPOSTNA, bo znajdowaliśmy się w połowie Wielkiego Postu, przygotowującego nas do Świąt Wielkanocnych.
Po pożegnaniu się z Jasnogórską Drogą św. Jakuba, zmierzając w kierunku miejscowości BORONÓW, sięgnęliśmy do telefonu komórkowego, gdzie odszukaliśmy rozważania wielkopostne przygotowane przez ks. Pawła, naszego kapelana dróg jakubowych w diecezji sosnowieckiej, w trakcie tegorocznej, lutowej wędrówki do Santiago de Compostela.
Pięć dni wędrówki i pięć rozważań pomogło nam przejść przez kolejną godzinę naszej dzisiejszej, trudnej i ciężkiej wędrówki.
„Most, którego nie da się ominąć
Poranek w Ponte de Lima. Kamienny most nad rzeką wydaje się stabilny, ale we mnie pojawia się lekki lęk.
Wielki Post to czas przekraczania progów.
Nie cudzych. Własnych.
Jezus mówi: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie”. Zaprzeć się siebie — to przejść most, którego nie da się ominąć.
Za mostem zaczyna się podejście pod Alto da Portela. Plecak ciąży. Nogi bolą. Oddech przyspiesza. W takich chwilach nie myślę o celu.
Myślę tylko o następnym kroku.”
https://diecezja.sosnowiec.pl/wielki-post-na-drodze-medytacje-pielgrzyma
DZIĘKUJEMY kapelanowi za podzielenie się tymi emocjami ze Wszystkimi, którzy w te rozważania zechcą się zagłębić i przypisać je po trosze sobie, tak jak i my, wzięliśmy je dzisiaj na naszą, ekstremalną Drogę.
Miejscowość BORONÓW „to jedna z najstarszych miejscowości na Śląsku, której historia sięga XIII wieku, z udokumentowanymi śladami osadnictwa z okresu kultury łużyckiej (VIII-V w. p.n.e.). Od średniowiecza słynął z hutnictwa żelaza i górnictwa, będąc w XIX w. silnym ośrodkiem przemysłowo-rolniczym w ziemi lublinieckiej. Centralnym zabytkiem jest drewniany kościół z 1611 roku.”
Zanim jednak udaliśmy się do tej drewnianej świątyni, zajrzeliśmy do budynku znajdującego się naprzeciwko… oznaczonego zielonym logo w którym mogliśmy się napić upragnionej przez cały dzień, gorącej kawy.
Cieszyliśmy się, że udało nam się dotrzeć do tej boronowskiej świątyni przed mszą świętą. Mieliśmy trochę wolnego czasu by zwiedzić jej wnętrze (mimo, że część z niej zabudowana jest rusztowaniami).

Kościół NMP Królowej Różańca Świętego warto odwiedzić i spędzić w nim więcej, niż tylko kilka chwil, dlatego w naszym planie wędrówkowym było uczestnictwo w wieczornym nabożeństwie mszy świętej.
„Wnętrze kościoła kryje wiele cennych zabytków, pochodzących głównie z XVII i XVIII wieku. W ołtarzu głównym znajdują się obrazy Matki Bożej Różańcowej oraz św. Andrzeja, a także rzeźby św. Wojciecha i św. Stanisława. W nawach bocznych umieszczono ołtarze Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, św. Mikołaja, św. Anny i czterech św. Janów.
Szczególną uwagę zwraca krucyfiks na kracie kaplicy św. Anny, związany z legendą o cudownym ocaleniu dziewczynki. Do cennego wyposażenia należą także stalle, chrzcielnica i feretrony.
Kościół w Boronowie to nie tylko zabytek o wyjątkowej wartości historycznej i architektonicznej, ale także miejsce kultu, które od wieków przyciąga wiernych i turystów. Świątynia znajduje się na Szlaku Architektury Drewnianej województwa śląskiego, co dodatkowo podkreśla jej znaczenie dla dziedzictwa kulturowego regionu.” [dziennikzachodni.pl]
Ostatnim fragmentem drogi to kilkunastominutowa wędrówka na boronowski dworzec kolejowy, skąd udaliśmy się bezpośrednio do Bytomia, by po godzinie 19:30 móc znaleźć się w mieszkaniu i poddać się upragnionemu odpoczynkowi.
BUEN CAMINO !


Wyjątkowa 🙂 🙂
Piękna Droga 🙂