Po bardzo wczesnym pysznym śniadaniu, zjedzonym we własnym mieszkaniu pociągiem i busem dotarliśmy na sławkowski Rynek. Udaliśmy się drogą św. Jakuba do kaplicy zwanej tu potocznie „kościółkiem św. Jakuba” (KOŚCIÓŁ NR 7). Kaplica, często remontowana z rzadka pokazywana jest pielgrzymom. Nawet zaniechano już przybijania pieczątek okolicznościowych z tego miejsca. Szkoda, bo to naprawdę malownicza kapliczka.
Najpierw droga asfaltowa prowadzi do dworca kolejowego w Sławkowie a po minięciu go, prosto i bez problemu dotarliśmy na ulicę Niwa, przy której znajduje się Szkolne Schronisko Młodzieżowe. 6 kilometrów w nogach i bardzo wczesne śniadanie sprawiły, że postanowiliśmy zrobić sobie przerwę posiłkową. Drzwi do schroniska były otwarte, więc weszliśmy i po kilku chwilach zeszła do nas Pani, która wskazała nam kuchnię, wyrażając tym samym aprobatę na zrobienie sobie gorącej herbatki. Kolejny, tego dnia pyszny posiłek ale dla odmiany zjedzony na świeżym powietrzu przed Schroniskiem.
Przez Burki zmierzaliśmy prosto do Sosnowca Maczków, mając po lewej strony całą drogę „towarzystwo” Białej Przemszy. Od poprzedniego dnia mamy z nią „do czynienia”. W pewnym momencie doszliśmy do miejsca, które powinno być oznakowane żółtą i białą muszlą. Biała muszla (droga alternatywna) prowadzi do Będzina przez miejsce związane z trzema rozbiorami Polski, zwane Trójkątem Trzech Cesarzy. Na pewno tam będziemy.
W prawo – czyli dalej żółtym szlakiem – skierowaliśmy się do kościoła Piotra i Pawła w Sosnowcu. Kawałek dalej stoi dworzec. Stacja kolejowa była dawniej ostatnią stacją Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej Królestwa Polskiego części Imperium Rosyjskiego. Na stacji tej była również komora celna i koszary. Budynek ten, wybudowano w latach 1839-1848 a w roku 1863 został zdobyty przez polskich Powstańców. Praktycznie, od 10 lat nie zatrzymują się tu pociągi osobowe i dworzec z oknami zabitymi dechami, stoi pusty i popada w ruinę. Po zejściu z przejścia nad torami skierowaliśmy się na skwer Tadeusza Kościuszki a później szliśmy drogą wzdłuż torów kolejowych i przez las.
Na siedemnastym kilometrze naszej wyprawy spotkała nas niespodzianka. Co prawda nie zaszliśmy na Węgry ale mogliśmy się tak przez chwilę poczuć, patrząc na piękny, sosnowiecki Balaton. Szliśmy i patrzeliśmy. Patrzeliśmy na kaczki i łabędzie, na wędkarzy i wiedzieliśmy, że to był dzisiaj najpiękniejszy widok jaki mogliśmy sobie wyobrazić. Potem przez dzielnicę Feliks doszliśmy do Kazimierza Górniczego i kościoła Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Chwila przy Grocie Maryjnej i kontynuacja wędrówki, bo czas mijał nieubłaganie a my mieliśmy jeszcze w planie około 12 kilometrów.

W Ogrodzie Jordanowskim kolejne stawy i mini-zoo z ciekawymi zwierzętami oraz ptactwem. Paw przygotował się na powitanie bo rozłożył swój pióropusz jak dla najważniejszych gości. Obok Stawu Leśnego i Stawu Smug szliśmy z szeroko otwartymi oczami, bo natura jest bardzo piękna nawet w kwietniu. Po minięciu Obwodnicy Wschodniej a później DK94 doszliśmy do dzielnicy Reden i skierowaliśmy się do dzielnicy Gołonóg, gdzie na wzgórzu stoi kościół św. Narodzenia NMP i św.Antoniego z Padwy. Sanktuarium to, ufundowane w roku 1675 przez biskupa krakowskiego ponad trzy wieki później objęli pod swe duszpasterskie skrzydła Franciszkanie. Od 1951 roku opiekują Oni się kościołem i zarazem parafią a co za tym idzie i parafianami w Gołonogu. Zgodnie z planem dotarliśmy na dworzec, by znowu wsiąść w pociąg Przewozów Regionalnych i wrócić do Katowic. Zmęczeni wróciliśmy do mieszkania i szybko zawinęliśmy się w kołdry, by ukoić swe ciała nocnym wypoczynkiem.

