
Gdybyście się zastanawiali, dlaczego MUSZELKI nigdzie nie wędrują i rzadko w te wakacje piszą o caminowaniu, to uspokajamy… czasami nawet jak się chce, to życie pisze różne scenariusze. Coś wypadnie zdrowotnie, pociąg czy autobus nie przyjadą na czas, trzeba reagować na bieżąco.
Zamiast być rano w miejscowości A znajdujemy się przed południem z miejscowości B i tam cieszymy się wspólnym wędrowaniem, mimo, że niezgodnie z założeniami. Oczywiście, kościoły jubileuszowe wyznaczone na Rok Jubileuszowy 2025, wciąż nawiedzamy i tam też spędzamy swoje weekendy. Niedługo, sami nie wiemy jeszcze kiedy, opowiemy Wam o kolejnym ukończeniu „jubileuszowej misji” w następnej diecezji.
Ale, że dzisiaj otrzymaliśmy zaproszenie na popołudniową imprezkę – na razie uszczkniemy rąbka tajemnicy, że będzie TORT – to postanowiliśmy połączyć słodkie wydarzenie z CAMINO. A że końcowa miejscowość jest na szlaku, naszym najbardziej ulubionym, muszelkowym szlaku, to nie mogliśmy tam nie pójść po prostu, piechotą szlakiem żółtych muszelek i strzałek.
Rozpoczniemy dziś cytatem :
„Każda wędrówka ma swój początek. Czasami zaczyna się od wielkich planów, innym razem od drobnego impulsu – od chwili ciszy, w której rodzi się pragnienie : „a może i ja wyruszę?”. Wędrówka do Santiago de Compostela, do grobu św. Jakuba Apostoła, nie zaczyna się jednak na hiszpańskim szlaku. Rozpoczyna się z progu naszego domu, w codzienności” Bo każdy krok – nawet ten najzwyklejszy, po znanym chodniku, wśród polskich pól, miast i lasów – może się stać pielgrzymowaniem, jeśli niesiemy w sercu intencję, wiarę i pragnienie spotkania…”
Powyższy fragment pochodzi z przesłania, z tekstu, który grupa pielgrzymów otrzymała od swojego jakubowego przewodnika, znanego już Wam księdza Pawła Gielca, czyli kapelana Dróg św. Jakuba w diecezji sosnowieckiej, po dotarciu do najważniejszego dla pielgrzymów miejsca na ziemi – do Santiago de Compostela.
A że od ponad dwóch lat wędrujemy z grupą księdza Pawła, to mamy w sercach cały czas przesłanie z pierwszego spotkania, pierwszego wpisu, jaki dostaliśmy na swoje telefony komórkowe.
„Liczy się jedynie DROGA. To ona trwa a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika, kiedy idzie od jednego grzbietu góry ku drugiemu, tak, jakby osiągnięty cel miał jakiś sens. [„Twierdza” Antoine de Saint Exupery].
CAMINO jest miejscem i czasem, do którego chce się uciec i gdy codzienność wydaje się przygniatająca, Jest przygodą, która na stale pozostaje w sercu. Jest punktem widzenia , pozwalającym spojrzeć na siebie, zupełnie innym spojrzeniem …”
Dokładnie tu, w śląskim, mieście SOŚNICOWICE, stojąc w przedsionku kościoła św. Jakuba Apostoła czujemy to, co powyżej przytoczyliśmy. Czujemy się w tej świątyni jak w domu a witając się z Patronem i trzymając dłonie na Jego stopach, żyjemy tylko chwilą która jest tu i teraz i tym czasem, który na nas czeka. Wszystko co przyjechało tutaj z nami, dwoma autobusami komunikacji metropolitalnej, straciło znaczenie, zgubiło swoje szarości dnia codziennego i przestało nam zaprzątać myśli.
Każdego z Wam tu zapraszamy i życzymy Wam byście poczuli co się w tym miejscu dzieje z pielgrzymem.

Święty JAKUBIE, prowadź nas Śląsko-Morawską Drogą a jednocześnie chodź z nami, byś i w trakcie pielgrzymowania był tuż obok nas – to nasza prośba, którą wyraziliśmy w tym miejscu.
Daliście się choć trochę namówić na ten sobotni odcinek CAMINO ?
Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to wiecie co robić – gorąca lub zimna herbatka, kawałek babeczki i – wychodzimy.
Bo na CAMINO się wychodzi.
Przechodząc pierwszy fragment drogi między Sośnicowicami a Tworogiem Małym, nie ma prawie chwili, by nasze oczy nie cieszyły się tym, co widziały. Przydomowe, kolorowe ogrody zachęcają wręcz, by do nich zajrzeć. Można mieć tylko niedosyt z faktu, że nie zna się wszystkich kwiatów czy roślin i musi wystarczyć tylko ich widok.
W samym Tworogu Małym, po chwili odpoczynku, wędrując w okolicach pastwiska koni, zauważyliśmy coś na kształt kapliczki i tam podeszliśmy. Tyle lat wędrujemy po tym śląsko-morawskim trakcie jakubowym a znaleźliśmy coś nowego, coś ciekawego… Kapliczka, która zdaje się informować o miejscowych młodych ludziach, którzy zginęli w trakcie II wojny światowej. To są nasze przypuszczenia „na gorąco” – jeśli nam się uda znaleźć jakieś informacje na temat tej kapliczki z pewnością się z Wami następnym razem podzielimy.

W okolicach południa przysiedliśmy na drewnianych ławeczkach w znanej i lubianej przez nas kapliczce św. Marii Magdaleny w goszyckim lesie. To miejsce już wiele razy Wam opisywaliśmy i nadal podtrzymujemy zaproszenie, byście tu przyszli, przybyli i znaleźli czas, by się tu zatrzymać.
Przed nami dojechała tu kilkunasto-osobowa grupa rowerzystów, która skorzystała z przerwy posiłkowej i modlitewnej. Ich modlitwa różańcowa towarzyszyła nam w czasie posiłku i gdy już odjechali, poczuliśmy tą wyjątkową, leśną ciszę przerywaną co chwilę przez śpiew ptaków i szum wiatru, zwiastującego nadchodzące opady deszczu.

Gdy posileni wyszliśmy z kapliczki i udaliśmy się w kierunku głównej leśnej arterii kierującej pielgrzymów w kierunku Rud Raciborskich, nasze emocje, nasza radość sobotniego wędrowania wtopiła się – w dosłownym znaczeniu – w niedawno tu ułożoną nawierzchnię asfaltową (!). Jeśli myślicie że żartujemy to nic z tego – słów nam zabrakło na widok tej asfaltowej drogi. Znacie nas nie od dzisiaj i wiecie, jak bardzo jesteśmy przeciwni takim rozwiązaniom, zwłaszcza w lesie.
Od kiedy opowiadamy o naszej, śląsko-morawskiej Drodze, zaznaczamy zawsze, że są tylko lasy i miejscowości, zielone tereny i tłuczniowe ścieżki, bezpieczne i wygodne dla pielgrzymów.
Że zapraszamy z radością każdego, na tą najpiękniejszą jakubową Drogę w Polsce.
Będziemy musieli zweryfikować z lekka te pochwały dla jakubowej ścieżki między kapliczką św. Magdaleny a bazyliką w Rudach i z całkowitą odpowiedzialnością – żeby nie napisać, że z premedytacją – określić ją najgorszym odcinkiem caminowym, jakim przyszło nam wędrować w ostatnim czasie.
Obyśmy w tym wszystkim nie mieli racji w przyszłości, że po zwiększeniu ruchu rowerowego (lekko ponad 100 rowerów przemknęło koło nas przez około półtorej godziny) i samochodowego (kierowcy już powoli „studiują” mapę i widzą skrót między miejscowościami Kotlarnia i Rudy) nie zobaczyli znaku informującego, że ten odcinek jest niedostępny lub po prostu zakazany dla pieszych wędrowców.
Nie chcemy tego doczekać – chcemy się w tej kwestii mylić…
Inwestycji, kosztującej prawie 4 miliony złotych nie da się już „odasfaltować” więc nie mamy żadnych złudzeń o narastających na kilku kilometrach, trudnościach dla pielgrzymów.
I jeszcze jedno – przy letnim, świecącym i grzejącym słońcu zdecydowanie ODRADZAMY pielgrzymowania tym jakubowym fragmentem, leśnej Drogi.
***
Około dwa kilometry przed bazyliką w Rudach, jest przysiółek o nazwie BRANTOLKA i tu właśnie nadszedł kres naszego, dzisiejszego pielgrzymowania.
„Dawna osada fabryczna założona przez Cystersów w XVI wieku, nazwa związana prawdopodobnie z Brandem. W 1821 r. figuruje nazwa Brondolka. W osadzie czynne były najpierw fryszerki i kuźnica, potem huta i fabryka drutu. W 1861 r. liczba mieszkańców wynosiła 189 osób.” [kuzniaraciborska.pl] „Pierwotnie działały tu fryszerki i kuźnica a później przekształciła się w fabrykę drutu i huty”.
Nie interesowaliśmy się genezą tego miejsca aż do dzisiaj, gdy to właśnie tu zrzuciliśmy swoje plecaki i przebraliśmy się w coś bardziej kulturalnego, bo jak wspomnieliśmy na początku, czekał na nas tort … ale był to tort dla Solenizanta, czyli naszego wnuczka Stanisława, który kilka dni temu, świętował swoje okrągłe PIĄTE urodziny.

To rodzinne, słodkie zakończenie dzisiejszego pielgrzymowania sprawiło, że odwieziono nas do domu dopiero przed wieczorem i wydaje nam się, że zasnęliśmy „w przedbiegach”.
Wam też życzymy kolorowych snów… i do zobaczenia za tydzień.
BUEN CAMINO !

