Po porannej kawie, znając już z poprzedniego wieczora drogę, udaliśmy się do skrzyżowania które wskazywało nam kierunek do wyjścia z Pilzna jakubową Drogą. Piękne rozpoczęcie dnia to pilzneńska Droga Krzyżowa, która wije się przez około pięć kilometrów, wśród pól i drzew. Stacje bardzo piękne i usytuowane raz z lewej, raz z prawej strony kamiennej lub glinianej ścieżki. Ale i tak to co najważniejsze było dopiero przed nami.
Najpierw dochodząc do Zwiernika prawie wdepnęliśmy na podwórko gospodarza, ale szczekanie psów zdecydowanie kazało nam spojrzeć na ślad GPS i zorientować się… że nie zauważyliśmy muszli przyklejonej na hydrancie w polu zarośniętym półmetrową trawą. No cóż, przeszkodą był tylko fakt, że musieliśmy przejść centralnie przez pole po mokrej trawie, z której jeszcze poranna rosa nie wyschła.
17 kilometrów od wyjścia, kiedy zobaczyliśmy kilku facetów zbierających do kosza piękne jabłka, postanowiliśmy zaspokoić swoje pragnienie kawowe. Mężczyzna z Zalasowej, bo nie zdążyliśmy nawet poznać Jego imienia, zaprosił nas do swojego ogrodu i zalał nam kubki z przygotowaną tam kawą. Proponował swoją kawę, ale skutecznie pokazaliśmy, że nam tylko i aż potrzeba wrzątku. Przy rozmowach o kaczkach i kurach zostaliśmy poczęstowani gorzką, ciemną czekoladą. Kontakt ze zwierzętami to dla miastowych niecodzienna przyjemność. Na pamiątkę zabraliśmy kacze piórko, które leżało na trawie.
Po otrzymanych od Gospodarza informacjach, wiedzieliśmy że za kilometr będziemy mieli cmentarz, że na cmentarzu jest pomnik mieszkańców Zalasowej, którzy zginęli w I wojnie światowej i że po przejściu kolejnego kilometra będzie kościół parafialny św. Jana Ewangelisty. Tego dnia mieliśmy szczęście, bo zatrzymawszy się i robiąc zdjęcia mieliśmy przyjemność spotkać księdza, który wracał po lekcjach religii z miejscowej szkoły. Zostaliśmy zaproszeni do kancelarii, porozmawialiśmy parę chwil, zostawiliśmy kilka folderów o Drogach św. Jakuba, w które zaopatrzyliśmy się na brzeskim Parlamencie. W zamian otrzymaliśmy pieczątki, które niezmiennie zbieramy i … słoiczek suszonych grzybków. Prezent ten mamy zamiar spożytkować do wigilijnego bigosu. Z radością udaliśmy się w dalszą drogę. Kiedy po drodze ludzie zaczepiali nas pytając „czy były w lesie grzyby” my z rozkoszą odpowiadaliśmy, że z pewnością są, ale nam się nawet zdążyły wysuszyć. Nie wiemy do dzisiaj, dlaczego ludzie kojarzyli nas z grzybiarzami. Kto z wyszytymi plecakami i muszlami jakubowymi udaje się na grzybobranie?
Droga – dojście do Tuchowa – była bardzo wymagająca. Nie dość, że cały czas szliśmy asfaltem to Matka Natura naprzemiennie udekorowała ten rejon górkami i wzniesieniami. Co weszliśmy na jakiś szczyt to trzeba było stromo i kręto schodzić na dół. Potrzebne były niecodzienne umiejętności i odporne stopy.
Sanktuarium tuchowskie – jak większość kościołów na naszej drodze – widać było już z daleka i z każdym krokiem rogale na naszych twarzach się zwiększały, mimo grymasu bólu nóg i zmęczenia. Pan pracujący w furcie przekazał nam klucz do domu i pokoju oraz instrukcje gdzie mamy się udać. Dom Pielgrzyma znajduje się kilkaset metrów od Sanktuarium. Dla nas najciekawszym elementem tego dnia było przejście przez most nad Białą i znalezienie się w centrum Tuchowa, gdzie po kilkunastominutowym spacerze doszliśmy do kościoła św. Jakuba (KOŚCIÓŁ NR 19). Po otrzymaniu pieczątek i po mszy świętej, zrobiliśmy szybkie zakupy w miejscowym markecie i w najczarniejszej ciemności (rzadki widok, żeby nie świeciła ani jedna latarnia w okolicy) mając latarkę w ręku udaliśmy się na nocny odpoczynek.


