Po przebudzeniu się, obowiązkowym śniadaniu i kawusi, trzeba było się po raz trzeci spakować, ubrać i wyruszyć w drogę, po dalsze przygody i wrażenia na jakubowym szlaku. Pierwsze 3 kilometry to chciało by się powiedzieć tradycyjne „wyjście z miasta”. Chodnik wzdłuż głównej drogi i muszelki na słupach. Standard ku zadowoleniu każdego pielgrzyma. W Karwodrzy, kiedy trzeba było wejść do lasu, telefon i ślad GPS kłóciły się wzorowo z informacjami.
Leśna droga szła w trzech kierunkach, a ślad w telefonie tylko w jednym. Kiedy ślad telefoniczny szedł prosto my musieliśmy odbić w prawo, mimo zwalonego drzewa i dawno nie ścinanych krzewów. Punktem kontrolnym w lesie była kapliczka św. Jana Nepomucena i takową też znaleźliśmy. W lesie sporo grzybiarzy, których nawet potrafiliśmy zawołać, żeby przyszli i wzięli te skarby co wystawały z ziemi i mchu. Po kolejnej godzince wędrowania doszliśmy do Łękawki, by krętą drogą asfaltową dojść do następnej w ciągu czterech dni miejscowości Zawada. Chmurzyło się nad nami, robiło się chłodno i ciemno co przepowiadało nam, iż będziemy kończyli wędrówkę deszczowo. Na szczęście my w jedną, a chmury w drugą.
Prze Górę Marcina i most nad DK94 weszliśmy do Tarnowa. Po przejściu pod wiaduktem kolejowym weszliśmy na cmentarz. Stary Cmentarz w Tarnowie, który ma po jednej stronie rzekę Wątok, wprawił nas w zadumę. Leżeli tu zmarli pochowani przed stu, a nawet stu pięćdziesięciu laty. Co jeden grób ozdobniejszy, a kaplice (np. Kaplica książąt Sanguszków) – niezmienny podziw. Główna aleja poprowadziła nas pod drewniany kościółek Matki Boskiej Szkaplerznej, a następnie wąskie uliczki i schody doprowadziły nas na tarnowski Rynek.
Centrum Informacji Turystycznej było dla nas, a właściwie dla naszych bagaży, dłuższym przystankiem. Po rozmowie z pracownikiem dostaliśmy szafkę z kluczykiem na schowanie plecaków, mapkę i kilka ważnych informacji. Gdzie iść na kawę (wybraliśmy tramwaj kilka uliczek obok), co zwiedzić (bazylika katedralna Narodzenia NMP), co zjeść (tu postanowiliśmy zmienić lokal na inny) i że nie musimy się spieszyć. Fakt, czasu mieliśmy sporo, do tego stopnia, że po zwiedzeniu Rynku bardzo powoli, zabrawszy swoje plecaki, udaliśmy się w kierunku dworca kolejowego. Wiedzieliśmy, że znowu coś się kończy, więc zwlekaliśmy jak tylko mogliśmy najdłużej.
Kupiliśmy bilety, wsiedliśmy do pociągu w kierunku Katowic i oboje sobie pomyśleliśmy:
przepiękny, wrześniowy urlop właściwie prawie się skończył. Już w pociągu zastanawialiśmy się, kiedy znowu wrócimy w te strony.
Dokładniej musimy pojechać najbardziej jak się da na wschód, pod ukraińską granicę, aby i z Korczowy i Medyki wyruszyć w ostatni stukilometrowy odcinek do Przeworska. Tam chcemy ogłosić sobie i Wam, że calutki, polski odcinek królewskiej Drogi VIA REGIA będziemy mieli przewędrowany. Czy i kiedy nam się to uda?
Bądźcie z nami – na pewno o tym opowiemy w odpowiednim czasie.


