VIA REGIA 3 dzień … PROSZKÓW – GRZYBIANY

Dzisiejszy, kolejny świąteczny, majówkowy dzień (Dzień Flagi) rozpocząć musieliśmy w Środzie Śląskie, gdzie dojechaliśmy pociągiem i musieliśmy przejść rozgrzewkowo 3 kilometry, aby dojść do centrum i wsiąść w lokalnego busika, który zawiózł nas do celu, czyli do miejscowości Proszków. Niestety, nie przewidzieliśmy, że bus zatrzymuje się przy głównej drodze DK 94 i że jeszcze kilometr musieliśmy włożyć w buty, by dojść do kościoła św. Anny we wsi Proszków, który już znaliśmy z poprzedniego dnia.

Kościół filialny, późnoromański z kamienia łupanego, cegły oraz częściowo z konstrukcji szkieletowej wzniesiony został w pierwszej połowie XIII wieku ale parafię św. Anny wzmiankuje się na rok 1311. W 1630 zniszczony pożarem a odbudowanym przed końcem XVII wieku.

Pierwszą miejscowością po opuszczeniu Proszkowa, po przejściu 5 kilometrów było Kwietno z kościołem Chrystusa Króla i Pałacem Scheiblerów z roku 1892. Wieś Kwietno po raz pierwszy wymieniona jest w 1335 roku pod nazwą Blumrode. Około wiek później, wybudowano kościół, zniszczony później przez wojska napoleońskie a pod koniec XIX wieku odbudowany z inicjatywy Karola Scheiblera II. To on był też twórcą miejscowego pałacu, zwanego obecnie perełką ziemi średzkiej. Pałac z daleka, budową i kolorystyką bardzo przypomina nasz, podtoszecki, zamek w Pławniowicach, który stoi przy śląsko-morawskiej Drodze Św. Jakuba.

Nad Cichą Wodą w miejscowości Ruja, pozwoliliśmy sobie na dłuższą przerwę. Odpoczynek i posiłek to jakby kanon naszego wędrowania. Bez jednego i drugiego ciężko przemierzać każdy szlak. Przy Urzędzie Gminy stoi pomnik oddający hołd Żołnierzom VIII drezdeńskiej Dywizji Piechoty w pochodzie nad Nysę w roku 1945 a na niewielkim wzniesieniu stoi kościół pw. św. Łukasza Ewangelisty.

Dwie godziny pięknego wędrowania, pogoda i okolice sprawiły, że można by iść bez końca. Gdy wchodziliśmy do wsi Grzybiany, minęliśmy słup energetyczny, na którym jakiś opiekun dróg jakubowych nakleił dwie muszle – żółtą i białą. Wiedzieliśmy więc, gdzie następnym razem w tej wsi wyjdziemy, kiedy dotrzemy białym śladem. Ale dzisiaj szliśmy za muszlą żółtą, więc podeszliśmy kawałek dalej pod kościół św. Zofii.

Kątem oka dojrzeliśmy ławeczkę nieopodal krzaków, więc niewiele myśląc, postanowiliśmy właśnie w tym miejscu spożyć kolejną kanapkę i napoić się, bo na pewno każdego z nas pragnienie męczyło.  Ale po głowie, żeby nie powiedzieć po zwojach myślowych kołatała się myśl „kawa”. Nie było po drodze nawet „cienia” szansy na ten „dopalacz” dla organizmu. Skoro jednak widziało się człowieka za płotem, to przyszła myśl, a może zapytać o dostęp czajnika z wrzątkiem? Przecież resztę posiadaliśmy jak zawsze przy sobie. Zapytaliśmy starszego człowieka o wrzątek ale dowiedzieliśmy się, że jest przy stodole, gdzie nie ma ani grama prądu, ale powiedział też coś, co nie od razu do nas dotarło. Człowiek ten wskazując ręką w kierunku kościoła, powiedział, że „tu nam nie pomoże, ale mieszka w budynku zaraz za kościołem i żona na pewno kawusię nam zrobi”. Jako się rzekło, ta wiadomość do nas chyba nie doleciała, bo ponownie usiedliśmy na ławeczce, dokończyliśmy posiłek, odpoczęliśmy i … zanim wstaliśmy, ten człowiek stojąc przy nas dziwił się : „a Wy jeszcze tu siedzicie? Żona na Was czeka i czeka …”

To do nas doleciało natychmiast. Wstaliśmy na równe nogi, przeszliśmy paręset metrów i stanęliśmy przed budynkiem, gdzie za chwilę na schodach ujrzeliśmy Gospodynię, która machała do nas i wołała, że „wodę na kawę wstawia już trzeci raz” !. Weszliśmy do domu, zrzuciliśmy wszystko z pleców i nóg i po lekkim odświeżeniu się, usiedliśmy przy okrągłym stole. My rozglądaliśmy się po ścianach, gdzie było pełno zdjęć starszych Państwa z dziećmi i wnukami a przed nami oprócz kawy zapachniały pyszne, poprawka (!) przepyszne pierogi z serem i skwareczkami.

A my najedzeni ! Ech, to była chwila, kiedy do pełnych żołądków zmieściło się jeszcze sporo świeżo ugotowanych pierogów. Bogowie ! Ten zapach, ten smak. Gdybyśmy posłuchali starszego Pana za pierwszym razem, pewnie zmieścilibyśmy ich więcej. Ale widocznie tak miało być. Podwójnie najedzeni, napojeni zarówno kawą, jak i opowiadaniami o Rodzinie, wyszliśmy na Drogę Jakubową chyba z wielkimi skrzydłami obok plecaków. Jeszcze przed odejściem dostaliśmy mnóstwo uśmiechu i dawkę bardzo ciepłej, pozytywnej energii. Chyba nie da się wszystkiego opisać słowami. Takie spotkanie, taką energię trzeba samemu poczuć na własnej skórze.

Życzmy tego każdemu pątnikowi zarówno na jakubowej drodze jak i na innych ścieżkach, szlakach czy wędrówkowych bezdrożach. Dobrze, że mieliśmy jeszcze 5 kilometrów do przejścia na pociąg, bo mogliśmy chociaż trochę zgubić tego nadmiaru jedzenia. Stacja kolejowa w Jaśkowicach Legnickich dzisiaj gościła nas jako kolejowych podróżnych.

Zostaw komentarz