VIA REGIA 5 dzień … BRZESKO – SZARÓW

Nie co dzień zdarzają się takie dni, żeby podzielić wędrowanie w zależności od pogody, ale my właśnie taką sytuację mieliśmy. Wobec czego wędrówkę – ostatnią w tej pięciodniówce – Matka Natura podzieliła nam na mokrą i suchą. Już kiedy jedliśmy śniadanie w Schronisku, widzieliśmy przez okno płaczące niebo. Nie mieliśmy złudzeń – daliśmy sobie dwa wyjścia, albo wychodzimy na szlak albo bierzemy taksówkę i jedziemy na dworzec kolejowy i wracamy do domu. Brakujący fragment drogi nadrobi się później. Chyba „coś” lub „Ktoś” nakierował nas na pierwszą opcję.

Wobec czego spakowane plecaki na plecach, pod nimi kurtki deszczowe a na nich peleryny przeciwdeszczowe – takie dwie postacie wyszły z brzeskiego Schroniska Młodzieżowego, w drodze – najpierw – do Jasienia. Z racji tego, że deszcz padał nieprzerwanie, postanowiliśmy tylko na chwilę się przy nim zatrzymać, napić się, spojrzeć sobie w oczy i wymienić się buziakiem oraz niewypowiedzianym „wszystko będzie dobrze”. „Kościół parafialny pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Jasieniu początkami swymi sięga czasów średniowiecza, początków XIV wieku. Było to związane zapewne z powstaniem w tej miejscowości parafii rzymskokatolickiej. Pierwsza wzmianka o istnieniu parafii pochodzi z 1325 roku. Jej świątynia powstała z fundacji Spicymira, zapewne jako budowla drewniana. Nie zachowała się do czasów obecnych. Prawdopodobnie uległa zniszczeniu na skutek pożarów lub walk. Kolejny kościół wzniesiono z fundacji Spytka z Melsztyna, możnego ziemi małopolskiej, herbu Leliwa. Powstał w 1436 roku  …” Dalsze ciekawostki na stronie parafialnej kościoła w Jasieniu [www.parafiajasien.pl]

Następnych kilkanaście kilometrów jest ciężkie przez nas do opisania. W rzeczywistości widzieliśmy swoje własne nogi. Szliśmy polami pokukurydzianymi i patrzeliśmy jak bardzo nasze buty zatapiają się w te polne błota. Po przejściu kilku takich miejsc można było już podnieść głowy wyżej, bo to co powinno być butem było „błotną stopą” a nasze spodnie chyba tylko chroniło nasze nogi przed większym przemoczeniem. W tak skąpanych błotno-deszczowych „przebraniach” dotarliśmy na Rynek w Bochni, Nieopodal Rynku, przy Placu Świętej Kingi jest Bazylika świętego Mikołaja. Weszliśmy do świątyni z myślą, że chwilę posiedzimy i wyschniemy, jednak natłok młodzieży szkolnej (chyba dopiero dzisiejszego dnia mieli swoje msze święte rozpoczynające rok szkolny) sprawił, że po dokładnych wskazówkach od księdza którego spotkaliśmy, przenieśliśmy się do kancelarii parafialnej „po schodach, na przeciwko kościoła”.

Przed nadaniem praw miejskich w 1253 roku istniał w Bochni drewniany kościółek św. Mikołaja, ufundowany przez księżnę Grzymisławę, matkę Bolesława Wstydliwego. Tradycja i zapiski historyczne w księgach parafialnych mówią, że na jego miejscu w tym właśnie roku żona księcia, Kinga, ufundowała duży kościół murowany, pod tym samym wezwaniem. W roku 1655 w czasie drugiej wojny szwedzkiej miasto przeżyło wielki pożar. Z pożogi ocalało jedynie prezbiterium z głównym ołtarzem, mury, fasa zachodnia oraz kaplica świętej Kingi. Odbudowę kościoła zakończono 10 lat później. W latach osiemdziesiątych XIX wieku sam Jan Matejko zaprojektował m.in. wystrój kaplicy św. Kingi, ołtarz oraz polichromie ścian.

Kiedy znaleźliśmy się w kancelarii poczuliśmy przyjemną ulgę, że już nic nie pada ani na głowę ani za kołnierz. Zakonnica pracująca w kancelarii pozwoliła nam na spędzenie czasu, na przebranie się a także – za co byliśmy bardzo wdzięczni – przyniosła gorącą herbatę z cytryną. Niecałe cztery godziny wędrowania w ulewie sprawiły, że praktycznie zostaliśmy tylko w bieliźnie osobistej i szybko wyciągając z plecaka zawartość, ubieraliśmy się w suche ubrania, skarpetki i buty. Ubrania nadające się do prania spakowaliśmy do worków i wrzuciliśmy na powrót do plecaków a spodnie i buty, nie dające się już do użytkowania, wyrzuciliśmy do pierwszego, spotkanego po drodze kontenera na śmieci. Po około pół godzinie, przebrani, posileni i zagrzani herbatą wyszliśmy na dalszą pielgrzymkę, bo przecież wiedzieliśmy oboje, że pociąg na stacji docelowej na nas nie poczeka. Skoro doszliśmy do Bochni i pokonaliśmy więcej niż połowę dystansu, to musimy sobie już do końca dać radę. Nie zauważyliśmy nawet, że w trakcie naszego odpoczynku deszcz przestał padać a na niebie zaświeciło nieśmiało słoneczko.

Drogą, po kolei ulicami : Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem i Traktem Królewskim doszliśmy do miejscowości Moszczenica, gdzie można obejrzeć kopiec zwany moszczenickim Kurhanem.

Zdaniem profesora Fischera – z opracowania „Wiśnicz Nowy. Jego przeszłość, zabytki i stan dzisiejszy” – po przegranej Szwedów w bitwie pod Kamionną w 1656 roku, uciekający żołnierze szwedzcy zabrali z pola bitwy zwłoki swojego dowódcy. Nie mając nadziei dowieźć ich do Krakowa, pogrzebali je na wzgórzu między Moszczenicą a Chełmem i pospiesznie usypali mogiłę. W Chełmie, przeszliśmy po moście (wiadomo, DK94) nad rzeką Rabą i pewien fragment przeszliśmy przy niej. Mimo, parę godzin wcześniej przestał padać deszcz, nie mieliśmy wielkich problemów aby przejść i nacieszyć się mijającymi widokami. Po minięciu Targowiska i po minięciu autostrady (oczywiście A4) dotarliśmy do Szarowa. Piękny, nowoczesny jasny kościółek w blasku słońca wyglądał przepięknie, a i zieleń wokół niego posadzona, wraz z figurami owiec sprawiały, że Pielgrzymowi powinno być jeszcze piękniej w duszy niż było. Księdza proboszcza spotkaliśmy w drodze na dworzec PKP i pozdrowiliśmy się wzajemnie machnięciem dłoni. Nie mieliśmy już czasu aby wrócić po pieczątkę…

Od wyjścia z Bochni do stacji kolejowej w Szarowie, peleryny i parasole całkowicie suche powędrowały do plecaków a i ubiór mieliśmy na sobie cieńszy, bo słońce grzało chyba ponad-miarowo. Święty Jakub nakazał nam wyjść w deszczu z Brzeska z pewnością planując dla nas suszenie w drugiej części. Szkoda, że my ludzie, nie mamy daru przewidywania, bo z pewnością ubrania których się pozbyliśmy jak i obuwie, wyschły by na nas w drodze, bez potrzeby przebierania się. Ale to była tylko wiedza boska …

Zostaw komentarz