VIA REGIA 5 dzień … GÓRA ŚW. ANNY – OPOLE

Niby odpoczynek, niby miał być urodzinowy relaks a jednak czwartek był pełen emocji. Spaliśmy jak susły.

Gdy tylko słońce wstało i nas obudziło, po gorącej kawie i jakimś śniadanku, nie zwlekając udaliśmy się w kolejną wędrówkę. Wiedzieliśmy, że czeka nas ciężki, upalny i długi etap… ale nie myśleliśmy, że aż tak długi.

Wyjście z Góry św. Anny odbyło się już w promieniach pięknego słońca. Kolorowe kapliczki udekorowane kwiatami, żegnały nas i jakby uśmiechały się do nas życząc dobrej drogi. Gdy tylko minęliśmy Ligotę Dolną znaleźliśmy się w szczerym acz zarośniętym polu, w którym musieliśmy znaleźć kamień. Kamień, który będzie naszym znacznikiem o skręcie w odpowiednim kierunku. No cóż, chyba św. Jakub chciał nam dać kolejną lekcję, bo przez naszą nieuwagę lub zbyt małą czujność, przeszliśmy 3 kilometry dalej niż trzeba. Po wyjściu z pola znaleźliśmy się w miejscowości Dąbrówka i już wiedzieliśmy, że zabłądziliśmy. Nie zwlekając zbyt długo zawróciliśmy i doszliśmy do miejsca, gdzie zaczynał się las, który miał być dla nas punktem kontrolnym. Tu w okolicy mieliśmy się właśnie dokładnie rozglądać. Tym razem, jak się okazało znaleźliśmy głaz bez problemu i sami byliśmy zaskoczeni, że za pierwszym razem go minęliśmy. Oczywiście, uznaliśmy, że tak musiało być.

Po kolejnych 7 kilometrów wędrowania, doszliśmy do Sanktuarium św. Jacka w Kamieniu Śląskim. Patronem Sanktuarium jest św. Jacek Odrowąż urodzony w 1183 roku w tej miejscowości. Pałac w którym mieści się ta świątynia jest takim samym centrum pielgrzymkowym, jak nie przymierzając Góra św. Anny.

Daliśmy sobie dłuższą chwilę aby zaciągnąć się miejscowym powietrzem i klimatem pałacowych ogrodów.

Kolejnych 5 kilometrów to raczej ciężka przeprawa. Jeszcze po-deszczowe pozostałości i wapienny klimat otoczenia (odkrywkowa kopalnia wapnia w Tarnowie Opolskim) sprawiły, że buty ważyły ze trzy razy więcej niż godzinę wcześniej. Oblepione były dokładnie. Po drodze ustawione były wielkie głazy, na których przypominano co chwilę dzięki komu/czemu jest ta droga. Kopalnia Wapnia zadbała o swoją reklamę również w krzakach i szuwarach. Po wyjściu szorowaliśmy butami tak długo, aż nie pozbyliśmy się gruntu z wapnem prawie w całości. Szuranie, stukanie i stąpanie –  te czynności doprowadziły nasze obuwie do normalnego użytku. I tak doszliśmy do miejscowości Kosorowice w której zatrzymaliśmy się na dłużej. Pani Ekspedientka ze spożywczaka z uśmiechem spełniła nasze marzenie o wrzątku do kubków z kawą. Nawet szklanki otrzymaliśmy. Oj tak, tego mocnego napoju brakowało nam od paru godzin.

Pół godzinki regeneracji i odpoczynku w zacienionym miejscu sprawiły, że choć nogi były coraz cięższe to myśli i chęci jakby dostały skrzydeł. Poszliśmy dalej. Minęliśmy Opole – Malinę z kościołem św. Jadwigi Śląskiej by dotrzeć do miasta Opole.

Mieliśmy jakieś omamy? Mieliśmy deja vu?

Możliwe, w końcu zrobiliśmy maraton pełen upalnego słońca. Pierwszy ale jak się z czasem okaże, nie ostatni jakubowy maraton.

Na domiar złego Grażynie „skończyły” się buty, które kupiła specjalnie na to tygodniowe wyjście. Dobrze, że cały czas mieliśmy w plecakach zapasowe buty. 

Parę dni temu, tak jak i na końcu tej wyprawy widzieliśmy Bazylikę Katedralną, Rynek z Ratuszem, kilka kościołów i dworzec. Na koniec – Dworzec Główny w Opolu z którego znowu wracaliśmy do domu.

Do naszej bezpiecznej przystani…

Jeden komentarz

Dodaj komentarz